Tagi
stat4u

kulinarnie

sobota, 15 czerwca 2013

Kiedy jest najlepszy czas na spędzanie godzin w kuchni, jeśli nie ten, który można by poświęcić na przygotowanie się do egzaminów...? Każdy student wie, że nawet sprzątanie w czasie sesji wydaje się zajęciem absolutnie nieodzownym, choćby przez pozostałą część roku akademickiego brudne szyby czy syf na półkach nikomu nie przeszkadzał. Jak zatem przystało na porządną studentkę, w czwartek, przed drugim egzaminem postanowiłam zrobić klopsa ze szpinakiem. Robiłam to już kiedyś i wyszło genialnie, na dodatek miałam już kupione mielone i przecież kiedyś trzeba było je wykorzystać.

Oryginalny przepis można znaleźć tutaj: http://allrecipes.pl/przepis/1392/klops-nadziewany-szpinakiem.aspx

(gdyby link się nie otwierał, na stronie allrecipes.pl wystarczy wyszukać "klops nadziewany szpinakiem")

Ja oczywiście nic sobie nie robiłam z oryginalnych składników. No, poza mielonym i szpinakiem. Tym bardziej, że autorka przepisu każe wziąć kilo mięsa! Przecież jadłabym to przez tydzień! Wrzucałam więc do środka to, co akurat miałam w lodówce, starając się brać połowę podanych ilości. Więc za pierwszym razem użyłam tylko wieprzowiny, za drugim wzięłam wołowinę. I zdecydowanie druga opcja rządzi.

Nie miałam zamiaru kupować crèeme fraîche, która kosztowała chyba 5 dolarów, tylko użyłam najzwyklejszej śmietany. A za pierwszym razem twarożku. Zamiast płatków owsianych wzięłam kukurydziane, a wywar z kurczaka zastąpiła mi jak zwykle rozpuszczona we wrzątku kostka rosołowa. Musztardę i gałkę muszkatołową w ogóle odpuściłam (świeży szpinak ze śmietaną, posolony i popieprzony smakuje i tak bardzo dobrze). Jakoś trzeba sobie radzić.

O ile za pierwszym razem miałam seler naciowy (w Australii w ogóle nie mają bulw selera... jakie to było dziwne gotować rosół z selerem naciowym!), ostatnio wrzuciłam do mięsa czerwoną i białą fasolę. I mam wrażenie, że był to dużo lepszy wybór. Co prawda trochę się martwiłam, że mi się wszystko rozleci, bo ziarna fasoli odpadały, ale ostatecznie wyszło przepięknie:

Co więcej nauczyłam się interesującego sposobu przygotowywania szpinaku. Dla tych, którym nie chciało się wchodzić w linka i czytać przepisu (bo też co w przepisie może być ciekawego, nie? :P): autorka kazała opłukać liście, po czym wrzucić je do rondla ze szczelną pokrywką i podgrzać na dużym ogniu przez 2-3 minuty, często potrząsając. Następnie przełożyć do sita, poczekać aż ostygnie (wbrew pozorom trochę to trwa), a następnie wycisnąć wodę. Mam wrażenie, że smakował dużo lepiej niż jak gotowałam go standardowo, czekając aż woda sama odparuje. 

Tak czy owak, wszystkie osoby, które klopsa spróbowały, zachwycały się smakiem, więc było warto poświęcić to trochę czasu w kuchni. A egzamin okazał się całkiem w porządku, więc nie miałam czego żałować. Przede mną jeszcze tylko dwa następne i będzie czas ruszać w drogę.


niedziela, 17 lutego 2013

Chyba wszystkim się już pochwaliłam, że kupiłam sobie kangura. Tzn. steki z kangura.

Miałam nadzieję, że David, u którego mieszkam, pomoże mi w gotowaniu, ale wykazałam się tylko pożałowania godną naiwnością. Otóż w Australii na kangury chodzi się raczej do restauracji, zamiast przygotowywać je w domu, bo to "trudne" mięso. Wygląda na to, że nie zawiera wcale tłuszczu, przez co wychodzi strasznie gumowe gdy się je gotuje za długo. Ale mięso zostało już kupione, więc moja przygoda z gotowaniem kangura musiała się prędzej czy później rozpocząć. Sprawdziłam, co piszą w internetach (niewiele), a David zadzwonił nawet do swojego kumpla, szefa kuchni, żeby spytać, czy by nie wpadł ugotować tego dla mnie. Niestety nie miał czasu, więc tylko podyktował Davidowi przepis. 

No więc dzisiaj zdecydowałam się odważnie powalczyć z moim kangurem sama, kiedy David odsypiał nockę. Przepis składał się z: marchewek (ja wzięłam trzy), selera naciowego (ze trzy gałązki zużyłam), cebuli (3/4 dużej cebuli), kieliszka czerwonego wina (David mi dał), oliwy z oliwek, do tego pieprzu, soli, a od siebie dodałam jeszcze tymianku i czosnku. Danie bez czosnku jest z reguły daniem straconym.

Pokrojone warzywa wrzuciłam na rozgrzaną oliwę z oliwek. I tak, wiem, że zawsze powtarzam, że na oliwie z oliwek nie należy smażyć, bo to niezdrowe, ale tak kazali spece od kangurów.

Po kilku minutach wyjęłam wszystko i wrzuciłam na gorącą oliwę mięso, które wcześniej doprawiłam pieprzem, solą, tymiankiem i czosnkiem i polałam oliwą z oliwek. Smażyłam dokładnie 2 minuty z każdej strony, po czym zdjęłam z ognia, żeby zrobić sos.

I tu się zaczęły schody, bo robienie sosu nie było nigdy moją specjalnością. No więc odstawiłam na chwilę patelnię, ale i tak kiedy wlałam wino, wszystko buchnęło do góry. Nie, nie poparzyłam się, ale zaczęłam się bać, że z tej kuchni wiele nie zostanie, jak z niej wreszcie wyjdę... Sos zaciągnęłam mąką (nawet aż za bardzo...), dorzuciłam jeszcze czosnku i tymianku i liczyłam, że będzie to zjadliwe. Nie wyglądało. 

(Wino naturalnie australijskie ;p)

No więc do sosu miałam wrzucić z powrotem warzywa i mięso i dusić kolejne 20 minut pod przykryciem.

A tak wyglądało gotowe danie:

Tragedii nie było, ale szefową kuchni bym nie została. Pomijając fakt, że jak zwykle nie dosoliłam ryżu, mięsu jeszcze sporo brakowało do bycia smacznym. Faktycznie wyszło nieco gumowe - i suche. Myślę, że powinno leżeć długo w marynacie przed smażeniem. I chyba jednak lepiej podawać je wpół surowe, bez duszenia. Czy coś. Spróbujemy jutro, bo został mi jeszcze jeden kawałek mięsa. Ale następnego kangura zjem już w restauracji. Albo chociaż w barze z burgerami ;p

Warzywa okazały się całkiem niezłe, chociaż powinnam popracować nad przyprawami, gdybym miała zamiar jeszcze się nimi zająć. 

 

A co do moich innych przygód z jedzeniem, oto moje ostatnie zakupy:

Kosmiczna porażka, czyli Julita kupuje mleko dla odchudzających się. Czyli nie mleko, a barwioną wodę. No bo skąd ja miałam wiedzieć, że "skim milk" to produkt dla ludzi na diecie i stoi nawet niżej w hierarchii niż mleko "light"...? Masakra. Na szczęście dzisiaj kupiłam normalne, pełnotłuste, więc jak tylko skończę to paskudztwo (no przecież nie wyrzucę...), będę mogła spróbować, jak smakuje australijskie mleko.

Pomyłka nr 2: Julita próbuje kupić płatki spośród dziesiątek płatków, których wcześniej w życiu na oczy nie widziała. Wybrałam jedne z dziwniejszych (brykiet śniadaniowy...? O_o) i satysfakcjonujących mnie cenowo. Niestety okazały się bez smaku, na dodatek z tym paskudnym pseudo-mlekiem ledwo mogłam je przełknąć. David pokazał mi, że kupuje innej firmy, bo są lepsze, ale że generalnie i tak powinnam je słodzić. No i używać normalnego mleka ;p

Piwo imbirowe. Jak tylko zobaczyłam je w jakiejś lodówce na kampusie, wiedziałam, czego będę szukać w supermarkecie. Oczywiście znów jakimś dziwnym trafem kupiłam wersję dietetyczną (za jakie grzechy, przecież aż tak znowu mocno nie wyszłam z formy w Berlinie...!). Ale dla odmiany było bardzo dobre. Po prostu David stwierdził, że normalne jest dużo lepsze. Ciekawa jestem, jak to możliwe.

A no i w ogóle "piwo" to spore nadużycie. Alkoholu tam nie ma. Ale chyba warzą je w browarze, więc może chodzi o metodę produkcji. 

 

wtorek, 05 lutego 2013

Gdy pojechałam do Krakowa, żeby załatwić jeszcze trochę papierkowych spraw przed wyjazdem, spotkałam się ze znajomymi ze studiów. Oczywiście przy piwie musiało zejść na najnowsze dowcipy i à propos mojego Erasmusa usłyszałam taki:

Wchodzi Polak, Rusek i Niemiec do baru. Kelner pyta Polaka, czego sobie życzy:

- Schabowego i kieliszek wódki.

Następnie pyta Ruska, co mu podać:
- Bliny ze śmietaną, a do tego szklankę spirytusu.

Gdy podszedł z podobnym pytaniem do Niemca, ten odpowiedział:
- Kebaba i rakɪ!

 

Oczywiście rasistowskie toto i operujące stereotypami, ale trzeba przyznać, że słusznie zauważające zmiany społeczne w Niemczech. I nie przywołałam tegoż cytatu zupełnie bez sensu. Otóż chciałabym się pochwalić deserem, którego nauczyłam się przyrządzać w Berlinie i, jak można się domyślić po tym przydługim wstępie, jest to deser turecki, który nazywa się Künefe. Ale żeby nie było – nauczyła mnie go przyrządzać Silvia, która jest z Rumunii. Jak multi-kulti to na całego^^

No więc jak już wspomniałam wyżej, deser nazywa się Künefe, a nie Kadayιf, jak początkowo myślałam (ale używa się do niego składnika o nazwie kadayιf, więc to trochę mylące...)  i wymaga nie więcej niż godziny uwagi. Turcy podobno przyrządzają go cztery razy słodszy, ale jeśli piją do niego tę swoją mocną, gorzką kawę, to jakoś się nie dziwię. Ja ledwo jestem w stanie zjeść baklawę, bo mnie zęby bolą, więc doceniam fakt, że Silvia zmniejszyła ilość cukru w przepisie. Chociaż trudno to nazwać przepisem – jak większość osób, które robią już coś z pamięci oczywiście przyrządza wszystko „na oko”, więc mogę tylko podać przybliżone wartości. Ale po kolei. 

Przybliżone składniki na okrągłą blaszkę o średnicy ok. 25 cm:

- 250 gr Kadayιf. Sprzedają w paczkach 500gr, więc będzie na dwa razy
- 1 kostka masła
- 1 szklanka cukru
- 2,5 szklanki wody (z tym jest największy kłopot, bo woda zawsze zostaje. Myślę, że 2 szklanki ze spokojem wystarczą)
- 1,5 paczki mozarelli (chociaż jakby odpowiednio pokroić to i jedna wystarczy)
- woda różana (i tu są największe schody, bo się jej leje na oko. Tak z 50ml może…?)
- na wierzch dorzuca się z reguły jeszcze pokruszone pistacje albo orzechy, ale ja zapomniałam kupić, więc nie wiem, jak to dokładnie ma wyglądać…

 

Piekarnik powinien być rozgrzany na… trudno powiedzieć… W akademiku Silvia rozgrzewała go na 200 stopni, u mnie w domu myślę że 150 z termoobiegiem spokojnie wystarczyło.

Składniki kupiłam w tureckim markecie w Berlinie (można je znaleźć np. przy przystanku autobusowym Kaiser-Wilhelm-Straβe albo Kürfurstenstraβe). Kadayιf kosztuje 2 euro i tyle samo woda różana, o ile dobrze pamiętam.

(na drugim planie nieprzewidziany product placement^^)

 

Przygotowanie:

Na samym początku warto rozpuścić masło w rondelku i odstawić je nieco do ostygnięcia, żeby się nim później nie poparzyć podczas mieszania.

Kolejny krok, to sam kadayιf -  jego skład przypomina skład makaronu. W sumie wygląda też nieco jak makaron, tylko bardzo cienki i długi:


 

Najpierw trzeba go rozłożyć i przedrzeć na pół, a następnie „podrzeć” na strzępki:                              

Tak wygląda w stanie docelowym:

Do kadayιf należy teraz wlać roztopione masło i wymieszać dokładnie, tak żeby każda niteczka makaronu się odpowiednio nasączyła. Łyżką się nie da, dlatego masło nie może być gorące, co by się nie poparzyć (ja oczywiście bym o tym zawczasu nie pomyślała…)

 

Połowę powstałej masy trzeba teraz równomiernie rozprowadzić na blaszce:

 Następny krok dotyczy mozarelli. Pokrojoną w niezbyt wąskie i niezbyt grube (ach, ta aptekarska dokładność) plasterki należy rozłożyć na środku. Nie należy wykładać całej blaszki serem!

 

Na wierzchu należy teraz równomiernie rozłożyć pozostałą część masy kadayιf i włożyć blaszkę do rozgrzanego piekarnika na ok. 15 minut. A tak naprawdę do czasu aż kadaιf się zrumieni (jak wygląda taki zrumieniony, na zdjęciu poniżej). W tym czasie trzeba rozgrzać wodę i rozpuścić w niej cukier oraz dolać wodę różaną. W smaku woda powinna być naprawdę obrzydliwie słodka.

 

Po wyjęciu blaszki z piekarnika, należy równomiernie podlać całe „ciasto” wodą z cukrem – najlepiej nabierką, żeby mieć pewność, że każde miejsce jest dobrze nawilżone:

 

Po kolejnych ok. 15 minutach w piekarniku deser jest gotowy! Musi być jedzony na ciepło (każdorazowo podgrzewany przed podaniem).

Enjoy!

(Zrobię też angielską wersję na drugim blogu i poproszę Silvię, żeby sprawdziła, czy aby na pewno wszystko dobrze opisane. Jakby co, to poprawię błędy później)

[Edit]

Silvia miała tylko jedną uwagę - deser nazywa się Künefe, a tylko ciasto (tzn. ten śmieszny makaron) nosi nazwę kadayιf. Jest też podobno inny deser, który nazywa się Künefe, ale Silvia jeszcze nigdy go nie robiła. 

[/Edit]

 

Wszystkie zdjęcia zostały wykonane przez Zuzię, za co bardzo jej dziękuję ;*

czwartek, 17 stycznia 2013

Gdy po raz kolejny Amerykanie zaprosili mnie na ichniejszy "dinner", uznałam, że nie mogę się tak u nich ciągle bezkarnie stołować. Ja gotowałam dla nich tylko raz, oni dla mnie już chyba trzy, więc żeby nie czuć się bezczelnym pasożytem postanowiłam zrobić deser. 

No i zaczęły się schody. Ja i deser? Gotować mogę, nie ma sprawy, ale pieczenie z niewiadomych dla mnie przyczyn pozostaje cały czas poza moimi możliwościami (bo niby robię to wszystko, co w przepisie, ale tak szerze mówiąc to te przepisy niewiele mówią i połowę czasu zajmuje mi zastanawianie się jak mam co połączyć i co z czym rozmieszać, a na końcu i tak wychodzi jedno wielkie nic...). Od czego jednak ma się przyjaciół, jeśli nie żeby ich zamęczać prośbami o proste przepisy? Zdobyłam więc od Ani przepis na deser, który Klaudia zrobiła na pożegnalny obiad na naszych krakowskich włościach i po drobnych modyfikacjach (czy raczej eksperymentach) stworzyłam COŚ.

Do deseru podstawowego potrzeba: 2 budynie śmietankowe lub waniliowe, 2 galaretki brzoskwiniowe, puszkę brzoskwiń, litr soku pomarańczowego.

Budynie należy przygotowywać zgodnie z przepisem podanym na opakowaniu, z tą różnicą, że zamiast mleka należy użyć soku pomarańczowego. Należy do niego wlać jeszcze syrop z brzoskwiń i wrzucić same brzoskwinie pokrojone na kawałki. Następnie do tego dziwa należy wsypać galaretki (w proszku, bez wody czy innych cudaczności), ładnie wszystko wymieszać, poczekać aż zgęstnieje, wlać do salaterek i odstawić do stężenia. Koniec.

Deser ów jest jednak nieskończenie słodki, poza tym ja nie miałam akurat galaretek brzoskwiniowych ani brzoskwiń w puszce, za to cieszyłam się posiadaniem galaretki truskawkowej, poziomkowej, agrestowej i z owoców leśnych. Wymyśliłam, że wykorzystam patent sokowy i zrobię deser kolorowy. Problemem było to, że nie miałam pojęcia, jakie najlepiej dobrać soki (wg Ani np. sok brzoskwiniowy do galaretki brzoskwiniowej zupełnie nie pasuje, ale to trzeba wiedzieć). Ostatecznie zdecydowałam się na nektar porzeczkowy i sok jabłkowy, a ponieważ doznałam czasowego zaćmienia mózgu i trochę nie ogarnęłam, co w końcu muszę kupić, a czego nie, dokupiłam do tego jeszcze sok pomarańczowy i galaretkę z marakui z kawałkami owoców (bo brzoskwiniowej nie było).

Ostatecznie zrobiłam trzy warstwy: czerwoną, zieloną i pomarańczową.

(w tle gustowne, berlińskie kasztany)

Czerwona powstała z 0,5 l nektaru z czarnej porzeczki i dwóch galaretek: z owoców leśnych i poziomkowej. Plus jeden budyń i łyżka cukru (bo w przepisie na budyń tak kazali). Wykorzystałam aż dwie galaretki na pół litra soku, bo niestety całość nie chciała stężeć i zaczęłam panikować. Po wylaniu do szklanek wystawiłam je nawet na parapet za okno, bo miałam już gotową zieloną warstwę i bałam się, że ta zdąży stężeć, zanim czerwona będzie gotowa.

Zieloną zrobiłam z kolei z 0,5 l soku jabłkowego, jednej galaretki agrestowej i jednego budyniu (plus łyżka cukru). Ta warstwa tężała bardzo szybko, pewnie to kwestia soku.

Warstwa pomarańczowa powstała z 0,5 l soku pomarańczowego, jeden galaretki z marakują i kawałkami owoców i jednego budyniu (tu już sobie cukier odpuściłam).

Ostatecznie deser znów wyszedł bardzo słodki, ale ponieważ każda warstwa miała inny smak i konsystencję (sic!), całkiem nieźle się zgrywały i byłam zadowolona.

(I jeszcze raz, bo nie mogę się napatrzeć. W tle - moja osoba skupiona na zrobieniu zdjęcia bez swojego odbicia w oknie. Ha. Ha.)

Warstwa czerwona wyszła bardzo słodko - trzeba było odpuścić sobie ten cukier - ale wcale nie mdło. Wręcz przeciwnie, czuło się jednocześnie delikatną kwaskowość nektaru no i aromat leśnych owoców był naprawdę mocny. Była też najbardziej "galaretowata" i zbita. 

Warstwa zielona przypominała nieco jabłkowe żelki, choć nie miała tego irytująco mocnego sztucznego jabłkowego aromatu. Wyszła chyba najbardziej "neutralnie" ze wszystkich. Ale myślę, że następnym razem spróbuję soku kaktusowego albo czegoś w tym stylu.

Warstwa pomarańczowa okazała się najbardziej kremowa. Mam wrażenie, że bez soku z brzoskwiń straciła na słodyczy, co wyszło jej moim zdaniem na dobre, bo już i tak w mojej wersji była wystarczająco słodka, jak na moje potrzeby. Smak - trudny do opisania. Nieco kwaskowy z powodu soku, z drugiej strony słodki przez galaretkę... Podczas obiadu zyskała dwa głosy uznania, więc mimo wszystko wygrywa, bo trzeci głos był na warstwę czerwoną, a ja wstrzymałam się od głosu.

 

Pozostając w temacie jedzenia pochwalę się moja wyprawą do Dunkin Donuts. Zuzia po powrocie ze Stanów zachwycała się cały czas donutsem "Boston Cream", a że w Berlinie akurat jest ta sieciówka, strasznie zapaliła się, żeby tam czasem wpadać. Z czystej przekory nigdy się tam nie wybrałam (żartuję, po prostu nigdy nie było okazji), ale ponieważ dzisiaj byłam w okolicy i akurat miałam trochę czasu do wykorzystania, poszłam spróbować.

(Widok na Potsdamer Platz z pierwszego piętra. Kolory takie w całej knajpie)

Rzeczywiście, Boston Cream niczego sobie: na wierzchu polany czekoladą i nadziewany kremem o posmaku budyniu i czegoś mniej uchwytnego. 

Cena: 1,60 euro. Do tego mała kawa lub herbata 1,90. I jeśli dobrze widziałam, za "zestaw" płaci się 3,49, czyli o całego centa mniej niż gdy się bierze osobno. To ci dopiero promocja ;)

środa, 28 listopada 2012

 

Coś takiego napisałam jednemu z hostów na couchsurfing.com, który jest wegetarianinem. Jeszcze nie odpisał, więc może nie lubi… Za to ja zorientowałam się, jak dawno nie było żadnego wpisu o gotowaniu, więc czas na szpinak.

Kiedy odkryłam, że w Lidlu za pół kilograma mrożonego szpinaku płaci się wcale niedużo, uznałam, że warto to wykorzystać. Niestety nie mam zamrażarki, więc nie mogę robić zapasów na czarną godzinę, ale market blisko, więc w razie czego mogę szybko podejść albo podjechać rowerem.

Jakoś od weekendu czekało na mnie właśnie takie pudełko (kupiłam dwa, no skąd miałam wiedzieć, że mi się odechce tak szybko…?), więc wczoraj postanowiłam zrobić sobie szybki obiad, tym bardziej, że szpinak był w stanie stosunkowo rozmrożonym, więc jego ugotowanie i doprawienie nie zajęło dużo czasu. Kupiłam też mini kawałki piersi z kurczaka, które szybko podsmażyłam, ale byłam zbyt zmęczona, żeby gotować ryż. Więc powstało coś takiego:

Na dole talerza znajduje się pseudo-stroik z rzodkiewki, który ma zaznaczać, że to właśnie warzywo znajduje się również w samym szpinaku. To jedna z moich improwizacji typu: „masz w lodówce – wykorzystaj”. Nie wiem czy to Niemcy, czy po prostu jesień, ale do prawdziwych rzodkiewek tym jeszcze daleko, są prawie bez smaku, więc trudno powiedzieć, jaki efekt ostatecznie wywołały. Na pewno były chrupkim dodatkiem, ale w sumie to tyle. Smak uzyskałam jak zwykle dzięki czosnkowi, imbirowi i gałce muszkatołowej. No i kilka kawałków sera Brie też swoje zrobiło.

Zarówno szpinaku, jak i kurczaka zostało jeszcze dość sporo, a ja musiałam przygotować sobie coś na dziś do pracy, więc zawczasu kupiłam ciasto francuskie z myślą o nowatorskiej przekąsce. Ale to były moje pierwsze zmagania z tymże materiałem i muszę przyznać, że nie okazały się najbardziej zwycięskie. Na pewno nie powinnam była nakładać na ciasto jeszcze gorących składników (ale chciałam mieć wszystko szybko z głowy więc tego…) – zaczęło się ciągnąć, przerywać no i zrobiłam jakieś bezkształtne sakiewki zamiast czegoś eleganckiego. A później albo za krótko trzymałam brytfannę w piekarniku albo w ogóle nie powinnam była brać szklanej brytfanny (a najpewniej jedno i drugie), bo choć góra przypominała ciasto francuskie, to dół okazał się prawie że surowy. Myślałam, że dzisiaj będę umierać podczas jedzenie, ale miła niespodzianka – nawet mi smakowało. Chociaż następnym razem postaram się, żeby ciastka były dopieczone z obu stron.

Tak wyglądały po wyjęciu z piekarnika. Z wierzchu:

 

A wracając do couchserfingu - mam już nocleg w Amsterdamie i Antwerpii. Ta szalona wyprawa powoli zaczyna wyglądać, jakby naprawdę miała się udać ^^

piątek, 24 sierpnia 2012

Dzisiaj zapowiadana lasagne ze szpinakiem! W celu uniknięcia zwyczajowego bałaganu postanowiłam wcześniej wszystko sobie przygotować. Ustawiłam produkty na blacie, wszystko miałam pod kontrolą. Teoretycznie. 

Oczywiście najwięcej kłopotu sprawiło to, po czym najmniej się kłopotów spodziewałam. Czyli makaron. W przepisie stało ("przepraszam za rusycyzm"^^), że należy wrzucić go na 5 minut do wrzątku. I uważać, żeby się nie skleił. Haha. Dobre. Można było się domyślić, że wszystko mi się posklejało, mimo że wlałam do garnka olej ;/ Ale cóż. Szczęśliwie enigmatyczny zwrot "pół opakowania makaronu lasagne" oznaczał, że miałam nieco więcej makaronu niż potrzebowałam, więc wszystko skończyło się dobrze.

Szpinak doprawiony solą, pieprzem i gałką muszkatołową wyszedł ostatecznie nieco mdło. Powinnam była sypnąć więcej wszystkiego. Nawet jeśli nadmiar gałki grozi halucynacjami ;p

Ostateczny efekt wyglądał tak:

 

 

A tutaj w przekroju. Po pierwszej porcji ^^

Swoją drogą, czego przepis nie wspominał - to że naprawdę warto mieć naczynie do lasagne. Farszu starczyło mi akurat - a z mojego doświadczenia wynika, że normalne naczynia żaroodporne są z reguły większe...

 

Jeśli chodzi o dalsze kulinarne zmagania, ostatecznie skończyło się tylko na tarcie. Po dzisiejszym obiedzie byłam tak najedzona, że w ogóle nie chciało mi się już gotować. Więc mały preview:

 

Jeszcze nie wiem, jak smakuje, a zanim przyjdą goście, minie jeszcze co najmniej godzina. Ale przepis był tak banalny, że nie dało się w nim nic skopać. Tym bardziej, że wszelkie przyprawy zawsze można tu dodać. 

Ciekawe, jak będzie smakować z wiśniową "Fortuną" (tak, to jest reklama. Uwielbiam to piwo ^^ Więc kupować, żeby mi browar nie padł!)

czwartek, 23 sierpnia 2012
Jakiś czas temu w ogrodzie zauważyłam ogromne kalarepy. Oczywiście postanowiłam je wykorzystać, ale ojciec stwierdził, że są stare i je wyrzucił. Myśl o zapiekanych kalarepach pozostała jednak w rodzicielskich umysłach i ostatnio kupili mi trzy średniej wielkości, cobym sobie poużywała. Na dodatek dostałam „świetny przepis” od mojej nauczycielki (rozpływała się nad sosem), więc dzisiaj efekt mojej pracy. Z przepisem!
piątek, 10 sierpnia 2012
Z chwili na chwilę ten dzień staje się gorszy. Poużalałabym się nad sobą i pomarudziła, ale nie chce mi się przechodzić przez te wszystkie, w sumie drobne przykrości, ponownie (ale czara goryczy, ziarnko do ziarnka itp.itd. Generalnie grunt to przesada). Nawet z kuchni dzisiaj zrobiłam pobojowisko. I połowa obiadu wcale mi nie smakowała... Na szczęście mama jest nieodmiennie zachwycona moimi zdolnościami kulinarnymi. So, here it goes...
czwartek, 09 sierpnia 2012
Gotowania dzień drugi. Dzisiaj na obiad smażony camembert z moją ulubioną, trójkolorową sałatką i ryżem. Kto już miał okazję próbować, niech żałuje, że go tu nie ma; kto nie miał - niech czyni podobnie ;)
środa, 08 sierpnia 2012
Mama nazbierała wczoraj na ogrodzie pomidory. Dużo pomidorów. Patrzyłyśmy na zieloną miskę wypełnioną czerwonymi kulami i zastanawiałyśmy, co by z tym zrobić. Mama wzruszyła ramionami, a ja zaczęłam kombinować. Może pasta z sosem pomidorowym? Na to mama, że w zamrażarce jest mielone i można zrobić spaghetti. Ja zaczęłam kręcić nosem - bo też co to za wyrafinowane danie - zwykłe spaghetti. Stanęło na tym, że zrobię zapiekane pomidory. Jakoś.